Zaloguj się
Nie pamiętasz hasła? Zarejestruj się

"W sercu Otchłani"l Henryk Tur. 166 stron. Przemyśl 2022

tur_w_sercu_otchlani_przodt.jpg
  • nowość
Dostępność: średnia ilość
Wysyłka w: 5 dni
Dostawa: Cena nie zawiera ewentualnych kosztów płatności sprawdź formy dostawy
Cena: 19,99 zł 19.99
ilość szt.

towar niedostępny

dodaj do przechowalni
Ocena: 0
Producent: -
Kod produktu: 6A83-973E8

Opis

Henryk Tur

Ur. 3 XII 1977, debiut w marcu 2002 na łamach magazynu Science-Fiction. Do roku 2019 zostało opublikowanych łącznie 15 opowiadań - oprócz Science -Fiction, także na łamach Magazynu Fantastycznego oraz w antologiach książkowych. Pierwsza samodzielna książka w roku 2015 (Z krwi i ognia - Rozkład i rozkosz), następnie w 2022 roku "Antologia" (zbiór 15 wspomnianych opowiadań) oraz W sercu otchłani.

Również w 2022 roku wszystkie książki doczekały się wydań w formie e-booków oraz audiobooków, a ich wydawcą jest SAGA Egmont.

 

"W sercu otchłani": Wybudzona z hibernacji załoga statku kosmicznego „Gandhi” dowiaduje się, że uległ on poważnym awariom i znajduje tuż przed horyzontem zdarzeń czarnej dziury, bez możliwości wyrwania się z jej przyciągania. Ludziom pozostały zaledwie cztery dni życia. Kapitan decyduje, że – dla zaoszczędzenia bólu – załoga ponownie wejdzie do hibernatorów, on jednak sam chce pozostać na mostku do samego końca. Czy rzeczywiście wszyscy są skazani na zagładę? Czy nie ma sposobu, aby uniknąć wciągnięcia w grawitacyjną otchłań? Póki życia, póty nadziei...

#fragment1 Gdy rozbita na miliardy elementów hiperkometa zaczęła zbliżać się skalisto–lodową ścianą ku pędzącemu przez próżnię statkowi, „Awatar” aktywował całą dostępną moc, równocześnie rozpoczynając redukcję szybkości w dopuszczalnej granicy, wyznaczonej przez przeciążenie. Umieszczone na przedzie statku dysze wyrzuciły z siebie strumienie wysokoenergetycznych wiązek, odpychając i rozbijając odłamki. Powiększyło to chaos –odrzucane przez wiązki bryły zderzały się z prącymi do przodu. Doszło do setek kolizji, wywołujących kolejne. Przypominało to sytuację, w której ktoś na stół bilardowy wysypuje kilkadziesiąt bil i uderza w nie chaotycznie. Gdy na małym obszarze kosmicznej przestrzeni spotyka się olbrzymia ilość mas, nie sposób przewidzieć skutków poruszenia jednego obiektu. Komputer jeszcze przed rozpoczęciem obrony rozważył dziesiątki możliwości i zadecydował o wejściu w górne warstwy gęstej atmosfery planety. „Gandhi” wbił się w nią bez szwanku, cały czas wytracając prędkość, jednak niemożliwym było gwałtowne zawrócenie bez wywołania przeciążenia tak wielkiego, że uśmierciłoby śpiących pasażerów, gniotąc ich wraz z hibernatorami. System wyłączył dwa silniki i przerzucił dostępną moc na osłony kadłuba, zaniechawszy ostrzału energetycznego szczątków hiperkomety. Statek poleciał w kierunku przeciwnym do ruchu obrotowego olbrzyma, dlatego też wbił się w górne warstwy atmosfery na wysokości równika, skierował się – wciąż opadając – na północ, po czym zaczął zawracać w kierunku wschodnim, aby podążyć przed falą schodzących ku planecie odłamków. Pierwsze znalazły się na kursie podczas rozpoczęcia nawracania i mimo osłon kilka z nich zdołało musnąć statek – wówczas uszkodzone zostały dwa teleskopy i siedem czujników. Jednak podczas wychodzenia z łuku pełno już było skał i brył lodu ściąganych mocą grawitacji, więc aby mieć lepszą manewrowość, „Awatar” wyhamowywał do maksymalnego dopuszczalnego przeciążenia - jednocześnie przyjmując kurs na wschód, który osiągnął na wysokości niemal północnego bieguna planety. Wówczas wystrzelił ku orbicie, bombardowany deszczem drobniejszych odłamków – większe bryły rozpadały się w górnych warstwach atmosfery, opadając kamienną ulewą na glob. Pomimo osłon, jeden z fragmentów trafił z dużą siłą w pęk dysz wylotowych, inny z impetem zadudnił w lewą burtę statku. „Gandhi” wyszedł więc z niebezpiecznego spotkania ze stosunkowo niewielkimi uszkodzeniami, lecz jedno było poważne. Uszkodzona komora dysz groziła rozerwaniem w sytuacji, gdy silniki będą pracować pełną mocą. Dlatego „Awatar” nie przyśpieszył, ale posłał droidy naprawcze w celu zespawania pęknięć płyt osłaniających kadłub oraz dysze, a nowa sytuacja, jaką było wejście w system planetarny, sprawiła, że ponownie trzeba było skorygować kurs. Optymalną drogą okazał się lot gwiazdy do będącej centralnym punktem feralnego układu. Podolbrzym o średnicy trzech Słońc kipiał aktywnie, co skłoniło „Awatara” do ominięcia go w odległości półtorej jednostki astronomicznej. „Gandhi” samą siłą rozpędu pokonał już połowę dystansu, gdy gwiazda niespodzianie zwiększyła swą aktywność, a co za tym idzie – wyrzuciła z siebie potężną dawkę promieniowania elektromagnetycznego oraz naładowanych cząstek. Dotarło ono do siedmiu pracujących droidów. Maszyny -przypominające żuki o wysokości pół metra - zostały rażone impulsem elektromagnetycznym, którego siła przełamała wszelkie zabezpieczenia i osłony z mocą wystrzelonej z karabinu kuli zderzającej się z kartką papieru. Trzy maszyny natychmiast przerwały wykonywane czynności, zmieniając się w złom z przepalonymi podzespołami i tylko magnetyczne przyssawki trzymały je na kadłubie statku. Cztery pozostałe doświadczyły poważnych dysfunkcji – wszystkie utraciły kontakt z „Awatarem”. Dwa z nich zaczęły wykonywać nieskoordynowane działania – przesuwać się po kadłubie w stronę dziobu, aby po chwili zawracać i kierować ku rufie, po drodze przystając, aktywując niektóre narzędzia i nic nimi nie zrobiwszy, zawrócić znowu ku przedniej części statku, aż po kilkunastu minutach wyłączyły się. Trzeci przemieścił się po kadłubie kilkanaście metrów i przystąpił do czegoś, co można by przyrównać do samobójstwa. Mechaniczne odnóża, których końcówki były zmiennorozmiarowymi śrubokrętami, palnikami, wiertłami czy też szczypcami, zwróciły się ku kadłubowi droida i zaczęły w niego wwiercać i wkłuwać. A ponieważ maszyna była przystosowana do warunków kosmicznych, trwało to ładnych kilka godzin, póki jedno z wierteł nie przebiło się przez pancerz i nie zahaczyło o przewody zasilania w rozprutym grzbiecie. To odcięło wszystkim odnóżom dopływ energii. Gwoździem do trumny okazał się czwarty droid.

#fragment2 Jedna z pierwszych wypraw pozasłonecznych okazała się fiaskiem, gdy transportujący pięćdziesięcioosobową ekipę statek „Morgan” utknął w Obłoku Oorta. Utracono z nim kontakt, a ratunek wyruszył dopiero dwa miesiące później. Ówczesna szybkość pozwalała na dotarcie do granic Obłoku po pół roku, jednak zważywszy na fakt, że „Morgan” zagubił się wśród wielkiego śmietnika planetoid, zestalonych gazów czy też centaurów, gdzie dodatkowo dość często można było natknąć się na komety, nadzieja na jego odnalezienie była niewielka. Mimo to stał się mały cud – statek ratunkowy natrafił na swój cel po zaledwie pięciu tygodniach niebezpiecznych poszukiwań. Niespodziewanie radość zmieniła się w szok, gdy pierwsi ratownicy przeszli na jego pokład. Jak ustalono później, katastrofę spowodowało zderzenie statku z asteroidą. Uszkodzeniu uległy liczne moduły, jednak najważniejsze – podtrzymujące życie – zachowały sprawność. Dlaczego zatem ratownicy odkryli walające się wszędzie trupy? Niektóre z ciał nosiły ślady walki i widać było, że denaci nie odeszli w spokoju. W paru przypadkach stwierdzono samobójstwa. Wiele ze sprzętów zostało umyślnie zniszczonych. W rozwiązaniu zagadki pomogły nagrania audio i wideo z banków pamięci systemu. Wśród ludzi wybuchła panika. Podobnie jak na „Gandhim”, tak i tu zostali oni wybudzeni, lecz w tym przypadku mogli mieć nadzieję na ratunek. Obrzeża Układu Słonecznego były wówczas osiągalne dla kilkunastu maszyn. Jednak gdy okazało się, że wszelkie urządzenia nawigacyjne nie działają, a co gorsza, nie ma możliwości wysłania sygnałów ani też żadnych komunikatów określających pozycję „Morgana”, pojawił się niepokój, który szybko narastał w czasie kolejnych dni po katastrofie. Ludzie po prostu przestali wierzyć, że pomoc kiedykolwiek nadejdzie, a jeśli nawet tak się stanie – nie zostaną odnalezieni w tym śmietniku powstałym po formowaniu się Układu Słonecznego. Siódmego dnia doszło do pierwszego samobójstwa, co odnotował kapitan. Dzień później do kolejnego. Potem wybuchły pierwsze bijatyki, a następne dni mijały wypełnione przemocą i śmiercią. Z trzech członków załogi, którzy dotrwali do końca tego koszmaru, jeden zmarł na skutek rany zadanej śrubokrętem dzień wcześniej, a dwaj pozostali przypadkowo wywołali eksplozję butli paliwem. Pożar ugasił automatyczny system zabezpieczeń, jednak nie było już kogo ratować. Oficjalne oświadczenie Floty mówiło, że cała załoga „Morgana” zginęła w zderzeniu z kometą. Nieoficjalnie, tragedię zaczęto rozkładać na czynniki pierwsze. Psycholodzy podejrzewali najpierw spotęgowaną klaustrofobię, czyli lęk przed uwięzieniem, podsycany przez dość prawdopodobne zderzenia z ciałami niebieskimi, a co za tym idzie – ryzyko nagłej śmierci. Mieszanka ta miała wzbudzić desperacką agresję. Ludzie walczyli ze sobą nie po to, aby zabijać innych, lecz by samemu zostać zabitym – nie wszyscy mieli odwagę popełnić samobójstwo. U innych rozpacz skierowała gniew ku sprzętowi – skoro to statek skazał ich na śmierć, niechże i sam „ucierpi”. Stąd niszczenie aparatury i wyposażenia. Jednak żaden specjalista nie podejrzewałby, że u podstaw tragedii leżała obawa o… śmierć głodową. Choć „Morgan” wiózł zapas żywności na rok dla pięćdziesięciu mężczyzn, wiadomo było, że prędzej czy później się on skończy. Wówczas pozostawałby tylko kanibalizm. I tak w epoce, gdy ludzkość sięgała już poza Układ Słoneczny nie tylko myślą, średni wiek naturalnej śmierci wynosił 140 lat i mnóstwo problemów z przeszłości zostało rozwiązanych, okazało się, że istota ludzka nigdy nie wyzbyła się pierwotnego strachu przed powolną śmiercią z głodu. Na progu jej rodzinnego systemu planetarnego ujawnił się on z całą straszliwą mocą.

Koszty dostawy Cena nie zawiera ewentualnych kosztów płatności

Kraj wysyłki:

Opinie o produkcie (0)

do góry
Sklep jest w trybie podglądu
Pokaż pełną wersję strony
Sklep internetowy od home.pl